Nieznany bohater

2010-10-11 10:52

 

Nieznany bohater - Pani Jasia Pietrowiak

 

 

Urodziłam się w 1929 r. w rodzinie chłopskiej. Było nas pięcioro rodzeństwa. Ja jako najmłodsza pochodzę z bliźniąt. Gospodarstwo nasze było położone przy lesie, do wioski, która się nazywała Wolica Pusta mieliśmy 1 km. Do szkoły Podstawowej w Mieszkowie mieliśmy 3 km.

 

Gdy wybuchła II wojna w 1939 r. miałam 10 lat. Uciekaliśmy przed frontem z całym dobytkiem furmankami. Zatrzymaliśmy się u wujka, gdzie spędziliśmy 1 tydzień. Gdy front przeszedł wróciliśmy na swoje gospodarstwo. Województwo poznańskie było dla Niemców Chajmatem, dlatego w szkole zaczęliśmy uczyć się po niemiecku. Często były kontrole niemieckie, gdyż mieszkaliśmy pod lasem i Niemcy liczyli, że możemy ukrywać szpiegów. W 1940 r. proboszczem parafii w Mieszkowie był Władysław Buchwald. On też udzielił nam wcześniej I Komunii Świętej. Po tygodni czasu zabrało go gestapo do Dachau i tam zginął.

 

W grudniu 1940 r. tydzień przed Bożym Narodzeniem zostaliśmy wysiedleni. O godzinie 4.00 rano usłyszeliśmy strzał na podwórzu i łomotanie do drzwi. Bardzo się przestraszyliśmy, ale ojciec już przeczuwał co nastąpi. Wyszedł na podwórze, a tam stali SS-mani, którzy oznajmili mu, że jesteśmy wysiedleni i w godzinie mamy się spakować i zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Ojciec był już człowiekiem schorowanym, gdyż w młodych latach pracował w kopalni w Westwali w Niemczech. Ojciec przez to nieźle mówił po niemiecku więc uprosił tego Niemca, aby mógł zabrać chociaż 1 pierzynę, aby mógł się okryć. Cały żywy inwentarz ( trzoda chlewna. 2 konie, 2 źrebaki, 3 krowy ) musieliśmy zostawić, cały dorobek rodziców. Zawieźli nas furmanką do Jarocina. Z naszej wioski było w tym czasie wysiedlonych 6 rodzin. Tam przeładowano nas na wagony towarowe i pociąg ruszyło Łodzi. Po drodze doładowywano jeszcze innych wysiedlonych, tak aby wagony się zapełniły. Gdy dojechaliśmy do celu każdy mógł zabrać tylko po jednym pakunku. Resztę bagaży władowano na samochody i zawieźli na jakąś halę. Nas skierowali piechotą w kierunku miasta. Ulokowano nas w olbrzymiej hali w której były maszyny i porozrzucana słoma. Była to jakaś fabryka waty. Tam spędziliśmy Święta Bożego Narodzenia. Byliśmy tam prawie miesiąc. Warunki były okropne. Nie było co jeść, leżeliśmy na porozrzucanej słomie, pełno robactwa. Jedzenie było okropne i było tego bardzo mało. Tam umierało 40 dzieci dziennie. W Łodzi rozdzielono nas z 19 siostrą Martą, która została wysłana do przymusowej pracy w fabryce jedwabiu w Szczecinie. 17-letni brat Bernard został przydzielony do pracy u pewnego bauera. Z Łodzi znów załadowano nas na wagony towarowe, które stały na bocznicy zziębnięte, w środku pełno śniegu. I tak na stojąco z bardzo już chorym ojcem dojechaliśmy z już bardzo chorym ojcem na miejsce do Piotrkowa Trybunalskiego. Tam byliśmy 1 tydzień. Ojca zabrano stamtąd do szpitala, a matka i ja z bratem i siostrą Natalią czekaliśmy na transport, który miał przyjechać z oddalonych od Piotrkowa o 20 km Bud Szyneckich. Zjawił się po nas i tak musieliśmy na wozie jechać 20 km przy 15 stopniowym mrozie. W mieszkaniu ,w którym mieliśmy zamieszkać, stał żeliwny piec, koziołek torfu, stół i snop słomy. Matka widząc to zaczęła bardzo rozpaczać i bluźnić na Niemców. Jednak miejscowa ludność zaczęła ją uspokajać iż może sobie i mieszkańcom tej wioski zaszkodzić.

Gospodyni na powitanie poczęstowała nas gorącą zalewajką, barszczem i chlebem. Dalsze nasze życie to jedna wielka bieda. Po miesiącu ojciec wrócił ze szpitala. Chorował na żółtaczkę. Matka miała trochę lżej, bo nie musiała chodzić dwa razy w tygodniu na odwiedziny [20 km]. Żywność (czyli chleb i mięso) była na kartki. Po te zakupy chodziłam z siostrą do sklepu do Czarnocina odległego 8 km. Tam była nasza gmina, był też kościół. Jak szliśmy do kościoła, to szliśmy boso, a buty zakładaliśmy przed kościołem, aby ich nie zniszczyć. Brat Bonifacy, mój bliźniak poszedł na służbę do niemieckiego gospodarza paść krowy. Często z siostrą szłyśmy do niego, tamtejsza gospodyni była bardzo dobrą kobietą i zawsze dała nam coś do jedzenia.

W 1942 roku moja siostra Natalia pojechała do Niemiec. Było tak, że każda wioska miła wysyłać po 5-ciu mieszkańców do Niemiec do pracy. Siostra odgórnie nie była wytypowana. Pewna mieszkanka tej wioski przyszła prosić matkę, czy ona nie wysłała by kogoś za jej męża. Ona też miała biedę i gromadkę małych dzieci . Siostra po wysłuchaniu tej kobiety oznajmiła, że on za niego pojedzie. Kiedy matka odprowadziła ją na stację Baby, to wtedy ostatni raz widziałam siostrę.

Tam pracowała w cukrowni. W 1943 siostra przyjechała na urlop. Kiedy wracała z urlopu rodzice uzgodnili, że zabierze mnie do Czeszewa, bo tam mieliśmy dużą rodzinę, a u nas była straszna bieda. Wyruszyłyśmy z Łodzi i w czasie drogi musiałam się ukrywać, bo nie miałam żadnego dowodu tożsamości. Tak dojechaliśmy do Jarocina. Siostra pojechała dalej, a ja pieszo poszłam do Czeszewa. Zamieszkałam u cioci, gdzie opiekowałam się jej paromiesięcznym dzieckiem. Po jakimś czasie zaczęto się mną interesować, aż doszło do tego, że uznano mnie za szpiega.

 

Przyjechało Gestapo, wsadzili do samochodu i zawieźli mnie do Poznania na ulicę Młyńską. Tam przewozili całe transporty jeńców z Powstania Warszawskiego. Stamtąd transportem kolejowym zawieziono nas do Niemiec, wysłano do pracy w kamieniołomach w Kalii, praca była tam bardzo ciężka. Później pracowałam w fabryce samolotów, pracowaliśmy od 6 do 18, dziennie robiliśmy 7 par skrzydeł. Rano piliśmy kawę z sacharyną, obiad jedliśmy w fabryce ( trzy ziemniaki w mundurkach i chochelkę jakiejś zupy), jednak najedzeni do syta nigdy nie byliśmy. Dostawaliśmy przydział chleba raz na dwa dni, niekiedy zjadło się go w jeden dzień, to następnego dnia trzeba było być głodnym. Uprosiliśmy polskich parobków, którzy wywozili z fabryki metalowe odpady, aby przywieźli nam śruty jęczmienne (zmielone zboże, pasza dla zwierząt), abyśmy mogli napełnić czymś puste żołądki. W lagrach na jednej sali było 15 więźniarek, były trzypiętrowe łóżka i na środku piec. Od stania przez 12 godzin przy ciężkiej pracy (borowaniu skrzydeł do samolotów) bardzo popuchły mi nogi w kostkach. Koleżanki z sali zaprowadziły mnie do lekarza, który dał i 5 dni zwolnienia chorobowego. Wtedy jeszcze bardziej dawał się głód we znaki, nie byłam zajęta pracą, toteż myślałam tylko o jedzeniu. Chodziłam po śmietniku i zbierałam obierki ziemniaczane, ale i to się skończyło. Wpadłam na pomysł, aby koleżankom, które rozłożyły sobie dwudniowy przydział chleba pookrawać po cienkim listeczku. Po pracy, gdy robiły sobie kolację mój występek wyszedł na jaw. Miałam z tego powodu wielkie nieprzyjemności, bardzo na mnie nakrzyczały, obroniła mnie pewna nauczycielka z Warszawy, która stanęła po mojej stronie. Mnie było oczywiście bardzo przykro i długo płakałam po tym zajściu. 8 maja 1945 rok- w lagrach wielkie zamieszanie, na niebie pojawiło się więcej samolotów niż zwykle. O 3 nad ranem Gestapo robi pobudki w barakach, jest 15 minut na ubranie się i opuszczenie baraków. Z fabryki Ilsenburg prowadzili nas 6 km na górę w lasach Turyńskich i tam nas zostawili, a sami zniknęli, jakby się pod ziemię zapadli. Nagle ujrzeliśmy jadące czołgi i samochody wojskowe- były to wojska amerykańskie. Jedną koleżankę na tej górze zranili, gdyż nie wywiesiliśmy białej flagi, że się poddajemy, a Amerykanie myśleli, że to Niemcy. Koleżankę zabrano do szpitala w Ilsenburgu, a my jako wolni wróciliśmy do lagrów. Byliśmy bardzo szczęśliwi i chcieliśmy jak najszybciej wrócić do Polski. Źle mówiono wtedy o ojczyźnie, że bieda i wszystko zniszczone, ale chęć powrotu była większa od wszystkiego, przecież był matka, brat i siostra. Do Polski wróciłam w 1945 roku okrętem z Libeki do Szczecina. Wspomnę jeszcze o losach mojej rodziny.

 

Siostra Natalia, która pracowała w cukrowni w Niemczech, zachorowała na wyrostek robaczkowy. Nie poszła do pracy. Przewodniczący pracy poszedł do lagru, aby sprawdzić jej stan zdrowia. Zwlekł ją na ziemię za rękę z trzeciego piętra łóżka co spowodowało pęknięcie wyrostka. Leżała w Niemczech pół roku w szpitalu. Później przetransportowano ją do Polski, do matki. Po dwóch tygodniach odesłano ją do szpitala w Piotrkowie. Miała 3 operacje (2 w Niemczech i 1 u nas). Po trzeciej operacji zmarła. Ojciec też był przykuty swoją chorobą do łóżka. Gdy matka wróciła ze szpitala oznajmiła ojcu co się stało z Natalią, a on tylko powiedział: ,,Taka młoda, 18 lat, zmarła, a ja stary żyję.” Zmarł tej samej nocy mając 63 lata. Oboje zostali pochowani w Budach Szyneckich, w mogiłach obok siebie. Matka długo wspominała mieszkańców tej wsi, którzy bardzo jej pomogli w tych tragicznych chwilach.

Po tym wszystkim matka z bratem ochotniczo pojechali do Niemiec i zatrudnili się w pewnym majątku, gdzie brat orał wołami, a matka doiła krowy.

 

W 1945 roku mama wróciła na swoją posiadłość w Wolicy Pustej. Wtedy znów nastąpiła rozpacz, gdyż zastali gospodarstwo całkowicie ograbione, puste pomieszczenia, nawet nie było na czym usiąść. I znów matka, już bez ojca musiała się od początku dorabiać, a w czasach powojennych nie było łatwo. Trzeba było obowiązkowo odstawiać mleko, zboże, jajka i inne produkty wyprodukowane w rolnictwie.

Ja po wojnie chodziłam do szkoły wieczorowej w Mieszkowie. Potem wyszłam za mąż i zamieszkaliśmy w Stramnicach, gdzie gospodarowaliśmy na własnej ziemi. Wychowałam siedmioro dzieci.

Dzisiaj jestem Babcią i Prababcią i nie raz opowiadam wnukom o moich kolejach życia.

 

Wywiad przeprowadziła

Natalia Bezler

 

Wyszukiwanie