Uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika 4 żołnierzy poległych 31.01.1945 w lasach osieckich.

2016-03-02 12:51

 

Walka z niemiecką grupą dywersyjną w lasach osieckich

31 stycznia 1945 roku

 

Po ukończeniu 2 letniej Szkoły Rolniczej w Środzie 15.07.1939roku zostałem skierowany do majątku Edmunda Taczanowskiego w Szypłowie gm. Nowe Miasto, gdzie pełniłem funkcje elewa.Po wejściu Niemców we wrześniu 1939roku pracowałem tu dalej do końca wojny, wobec czego byłem świadkiem wydarzeń w tym rejonie. Na polecenie z Jarocina na kilka dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej zorganizowaliśmy w Szypłowie Odział Samoobrony Terytorialnej. Komendantem został Władysław Andrzejczak- robotnik w majątku w Szypłowie a jego zastępcą Tadeusz Kaczmarski –pomocnik kowala i traktorzysta w majątku. W dniu 18.01.1945 roku otrzymałem polecenie przekazania Komendantowi Samoobrony Terytorialnej wiadomości o znajdujących się na bocznicy kolejowej w Jarocinie wagonów z bronią i amunicją. W porozumieniu z Komendantem S.T. wyznaczyłem następujących pracowników majątku będących członkami S.T. do grupy, która miała udać się do Jarocina po broń : Tadeusza Kaczmarskiego, Ludwika Jakubowskiego i Czesława Majewskiego. Do transportu wyznaczyłem wóz /helę/ załadowany drewnem i sianem zaprzęgnięty w 2 woły. Działo się to 6 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Jarocina. Ludność niemiecka uciekała w popłochu. Armia niemiecka wycofywała się głównymi szlakami. Szypłów nie leży przy głównej drodze, ale i tu dochodziły oddziały niemieckie, rekwirując szczególnie konie. Dlatego wypad po broń do Jarocina odbył się nie końmi ale wołami w dniu 19 stycznia 1945 roku .Na wóz w lesie załadowano pewną ilość drewna i narzucono siana. Przyjazd do Jarocina odbył się bez przeszkód . Na dworcu byli jeszcze Niemcy ale stojącymi na boku wagonami już się nie interesowali. Polscy kolejarze wskazali wagony z bronią. Na wóz załadowano około 40 karabinów, pochodzenia węgierskiego oraz około 2000 sztuk amunicji pochodzenia rumuńskiego. Ładunek przykryto drewnem i sianem. Transport bez przeszkód dotarł do Szypłowa, choć tą samą drogą pędziły niemieckie czołgi i pojazdy. Po drodze część broni zostawiono w Osieku, a część w Stramnicach. S.T. w Szypłowie otrzymała 18 karabinów. Niebezpieczna wyprawa zakończyła się pełnym powodzeniem. Dnia 17.1.1945 r. spotkaliśmy się już z przedstawicielami wojska polskiego i radzieckiego w postaci zwiadu, składającego się z 7 żołnierzy radzieckich – w białych płaszczach i na nartach oraz dowódcy patrolu, porucznika w polskim mundurze ( znał teren). Ugościliśmy ich serdecznie, daliśmy im pełne wyżywienie oraz bezpieczny nocleg w pałacu. Po wypoczynku ruszyli dalej. Po nich w dniu 18.1.1945 r. przyjechali niemieccy lotnicy z zadaniem wysadzenia w powietrze pałacu u nas oraz gorzelni w Mieszkowie, Chociczy

i Boguszynie. Przyjęci zostali jedzeniem, oraz sowicie spirytusem z gorzelni

z Mieszkowa. Zadowoleni z takiego przyjęcia zostawili 6 skrzynek trotylu

( zabrali go później żołnierze radzieccy) i wyjechali nie niszcząc żadnego obiektu. Po ich wyjeździe zjawił się oddział własowców , przejeżdżający konno przez Szypłów. Trzech z nich wjechało na podwórze majątku żądając wymiany koni. Stawali się coraz bardziej agresywni, nie chcieli wierzyć moim tłumaczeniom, że poprzedni oddział zabrał wszystkie konie.

 

 

Byliśmy przygotowani na rozprawę z małymi grupkami Niemców posiadając już uzbrojenie. Ponieważ po sprawdzeniu pustej stajni w końcu

ulegli moim argumentom, obyło się tym razem bez sięgania po broń. W rzeczywistości schowaliśmy 16 koni w stodole, obstawiając je słomą.

Posiadana broń pozwoliła nam już po przejściu frontu ( 24.1.45 r.) rozbroić kilka małych grup ( 2-4 żołnierzy niemieckich) i odstawić ich jako jeńców do Jarocina.

Dnia 30.1.1945 r. otrzymaliśmy z Jarocina polecenie przeczesania w dniu następnym lasu osieckiego, ponieważ nad tym lasem kilka dni z rzędu zjawiał się niemiecki dwupłatowiec, a w rejonie Osiek- Cząszczew- Zalesie- Bielejewo stwierdzono sygnał stacji krótkofalowej. W dniu 31.1.45 r. o godzinie 4 nad ranem , przy 20 stopniowym mrozie stawiło się na miejsce zgrupowania przed lasem osieckim od strony wschodniej ( Osiek-Cząszczew) około 40 ochotników z Szypłowa, Stramnic, Osieka i Cząszczewa. Do przeczesania mieliśmy las szerokości około 2 km i długości około 3 km . Operacją kierował Władysław Andrzejczak. Przed jej rozpoczęciem ustalono następujące sygnały:

„uwaga”- 1 wystrzał karabinowy,

„niebezpieczeństwo” – 2 wystrzały karabinowe.

Po przejściu lasu wszyscy zatrzymają się na łące od strony Bielejewa i Zalesia. Zbiórka wszystkich nastąpi przy gajówce. Penetracja lasu nie wykazała obecności Niemców. Wobec tego wszyscy zebrali się przy gajówce. Na moje pytanie : „ czy zbadano stóg siana” , przechodzący tam odpowiedzieli, że na stóg nie wchodzili. Ponieważ nie stwierdzono obecności Niemców w lesie sądzono, że mogą znajdować się w odległości 500 m od lasu we wsi Zalesie. Z tej wsi wszyscy Polacy byli bowiem wysiedleni, a na ich miejscu osiedlono Niemców znad Morza Czarnego, którzy przed zbliżającym się frontem uciekli. Polacy jeszcze nie wrócili. Wobec postawionego przeze mnie wniosku o zbadanie stogu, dowódca zgodził się na dobranie sobie 4 ochotników do wykonania tego zadania.

Zgłosili się: Franciszek Woś ze Stramnic, Józef Roguszczak ze Szypłowa, Ludwik Miśkiewicz ze Szypłowa, Feliks Maciejewski z Osieka. Potem dołączyli Antoni Pietrowiak i Teodor Pietrowiak ze Stramnic. Główna część oddziału udała się do pobliskiego Zalesia dla penetracji całej wsi. Mój oddział składający się z 7 ludzi podwiózł aż pod stóg Franciszek Rupek ze Szypłowa saniami z majątku. W rzeczywistości nie był to stóg tylko tak zwany bróg. Jest to stóg opalowany drągami i zabezpieczony ruchomym dachem trzcinowym przed deszczami. Sam go stawiałem, bo należał do majątku w Szypłowie. Bróg stał na rozwidleniu dróg leśnych . Jako dowódca zaproponowałem, by ktoś na ochotnika wskoczył na bróg. Był nim Józef Roguszczak. Wszedł po drągu, na brogu napotkał nogami na tornistry i zaplatał się w jakieś przewody. Bez sygnału zeskoczył na dół, stwierdzając, że u góry są Niemcy. Chcieliśmy bróg podpalić, ale siano nie zapalało się. Wydałem rozkaz oddalenia się od brogu, by zająć dogodne pozycje w lesie ( ok. 50 m), każdy w pewnej odległości od sąsiada. Stamtąd wezwałem Niemców do poddania się „ Austreten! Hande hoch”! . Niemcy odpowiedzieli silnym ogniem z ręcznej broni maszynowej. Była godzina 8.15.

 

Odpowiedzieliśmy schowani z naszych karabinów ręcznych. Po kilku salwach widziałem jak Roguszczak składający się do strzału w pozycji leżącej, został trafiony w głowę i na miejscu zabity. W walce polegli także Teodor Pietrowiak i Feliks Maciejewski, a Antoni Pietrowiak ciężko ranny wycofał się w kierunku gajówki. Jeszcze przed walką wycofał się do gajówki Ludwik Miśkiewicz z woźnicą Franciszkiem Rupkiem. Przy jednej ze zmian magazynku , stojąc za drzewem, dostałem 3 przestrzały przez prawe ramię. Ręka opadła. Byłem bezbronny. Nastąpił silny krwotok, upadłem za drzewo, byłem świadomy, że został tylko Woś. Pomoc nie nadchodziła.

Około 10.30 zaczął schodzić z brogu pierwszy Niemiec. Szedł z automatem w moim kierunku. Sądziłem, że mnie dobije. Byłem jeszcze przytomny, udałem zabitego, wiele krwi na śniegu i moja nieruchomość widocznie Niemca przekonały, że zostałem zabity. Niemiec oddalił się w kierunku lasu chwalęcińskiego. Po około 2 minutach schodził następny Niemiec z brogu. Padł jeden strzał oddany przez Wosia. Niemiec został zabity. Za chwilę zsunął się kolejny Niemiec i też padł od strzału Wosia . Potem nastąpił spokój. Woś lekko ranny wycofał się około godziny 11. Zawiadomił oddział. Niestety na miejsce walki nikt nie przybył. Ja straciłem przytomność. Odzyskałem ją dopiero w gajówce ok. godziny 15. Z pola walki zostałem zabrany po przybyciu Milicji i przewieziony do szpitala w Jarocinie. W szpitalu dowiedziałem się od Wosia, że po umilknięciu strzałów pozostały mu tylko 3 naboje. Nie wiedząc ilu Niemców jest na brogu przepuścił pierwszego, zostawiając naboje dla następnych i jeden dla samoobrony. W szpitalu znajdował się także ciężko ranny Antoni Pietrowiak, który niestety po kilku miesiącach ( 13.6.1945 r.) zmarł. Osobiste ocalenie zawdzięczam temu, że wskutek silnego mrozu krwotok ustał przez zamarznięcie krwi. Po spaleniu brogu nie znaleziono w popiele szczątków kości ludzkich , co świadczyłoby o tym, że znajdowało się tam tylko 3 Niemców. Osobiście w czasie walki miałem wrażenie, że jest tam przynajmniej 9 strzelców sadząc po ilości stanowisk ogniowych. A może następni zeszli z brogu dopiero po opuszczeniu pola walki przez Franciszka Wosia?

 

Relacja Tadeusza Ciesielskiego uczestnika potyczki złożona została wobec przewodniczącego Komisji Historycznej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Jarocinie Franciszka Lubiatowskiego w dniu 6 sierpnia 1977roku.

 

Oryginał znajduje się w Muzeum Regionalnym w Jarocinie.

Wyszukiwanie