Wspomnienia babci Poli

2010-08-16 23:22

Ku pamięci mojej ukochanej babci Pauliny Andrzejak (z domu Michalczyk) jej rodziców, braci i tych, którzy nie wrócili z Kazachstanu.

 

Anna Andrzejczak

 

 

Wspomnienia

 

    Często myślami wracam do minionych lat dzieciństwa. Był to rok 1937. Mój ojciec pracował w Straży Granicznej na odcinku Prus Wschodnich w Grajewie - ówczesne woj. Białostockie; był legionistą. Po śmierci Józefa Piłsudzkiego został wydelegowany do Krakowa w celu zawiezienia taczki ziemi na Kopiec Piłsudskiego. Po powrocie przywiózł drobne upominki nam dzieciom (było nas czworo: Tadeusz, Marian, Ryszard i ja) oraz mamie. Mamie dał pięknie rzeźbiony krzyżyk, wzięła prezent z zażenowaniem i powiedziała:

- Nie miałeś mi co kupić tylko krzyż.

Ten krzyż skojarzył mi się wtedy z męką Pańską. Przeczucie miało się wkrótce sprawdzić. Nadszedł 1 września 1939 roku i rozpoczęły się chwile grozy. Od samego rana niemieckie samoloty przelatywały nad miastem. Kryliśmy się w piwnicach i nasłuchiwaliśmy wybuchów rozrywających się granatów. Wszystko działo się bardzo szybko. Po kilku dniach Niemcy zajęli te tereny a po kilku tygodniach wkroczyli Sowieci. Ojciec znalazł się na Łotwie w obozie internowanych w Rydze.

    W 1940 roku wrócił nasz ojciec. Cieszyliśmy się z jego powrotu, jednak radość trwała krótko, zaledwie kilka dni. Pewnej nocy usłyszeliśmy bowiem okropny łomot do drzwi i grupa żołnierzy NKWD wpadła do mieszkania. Zabrali ojca. Nie pomogły starania o jego uwolnienie. Został osadzony w piwnicach magistratu w Grajewie. Było tam dużo osadzonych mężczyzn.

Czekaliśmy mając nadzieję, że ojciec wróci na Wielkanoc, ale wkrótce nadeszła wiadomość, że nie ma już aresztowanych. Wszystkich wywieźli w nieznanym kierunku w głąb Rosji. Wielka żałoba nastała w rodzinach wywiezionych ojców, synów i braci.

    W kwietniu 1940 roku zaczęto przygotowywać wagony towarowe. Ludzie z przerażeniem spoglądali dla kogo to szykują. I znów łomotanie w nocy do drzwi. Tym razem aresztowali mamę i nas czwórkę dzieci. Pod eskortą NKWD z tobołkami w rękach wyprowadzono nas z domu i zamknięto w wagonach towarowych. Część wagonów była już zasiedlona. Słyszeliśmy tylko głośny płacz ludzi. Nadal zwożono do wagonów coraz to inne rodziny. Matki z dziećmi, babcie z wnukami. Każdy wagon zaryglowywano od zewnątrz żelazną sztabą. Długi transport z ludźmi stał tak jeszcze cały dzień a strażnicy z karabinami pilnowali żeby nikt nie uciekł. Gdy słońce skłaniało się ku zachodowi, cały transport drgnął i powoli ruszył. Co za straszliwy był widok? Naokoło krzyki i głośny płacz przerywany śpiewem „Boże coś Polskę” i „ Jeszcze Polska nie zginęła..”. Wszystkie głosy mieszały się razem, tych co żegnali się z bliskimi i tych którzy jechali w nieznane. I coraz ciszej było słychać głosy bliskich. Nasze serca przejmował żal i strach: „Za co”? „Co z nami zrobią?”. Tak żegnaliśmy swe miasto i kraj rodzinny.

W podróży ludzie pomagali sobie nawzajem dzieląc się tym, co kto zdążył ze sobą wziąć z żywności. Nie wiedzieliśmy wówczas, że czeka nas taka długa poniewierka.

Wieziono nas cały miesiąc. W Azji, za Uralem, mniej nas pilnowano. Przywieźli nas do miasta Pawłodar w Kazachstanie. Tu zaczęły się grupowe rozdziały do poszczególnych „safchozów”. Znaleźliśmy się w Ekibastuskim Safchozie Pawłowskiej Obłasti. 

Zupełna pustka. Nie rosły tu żadne drzewa. Od wschodu teren był górzysty porośnięty suchą trawą, od zachodu rozciągało się rozlewisko rzeki Irtysz. Nad rzeką rosła tylko wiklina. Zimy były okropne. Mróz dochodził do –40 stopni. Na wiosnę rzeka wylewała zalewając step pod sam sofchoz. Wyrastała tam wysoka trawa. Latem podczas silnych upałów rzeka wysychała, ziemia pękała i brakowało wody. Jeśli się ją już znalazło, często była zbyt słona i nie nadawała się do picia. Dochodziło wtedy do pożarów. To paliła się wysuszona trawa na stepie.

    W sofchozie, gdzie przywieziono do pracy, hodowano bydło. Stado było bardzo duże, więc potrzebowało dużo siana na całą zimę. Było nas tu 26 rodzin - same matki z dziećmi i starsi ludzie. Była z nami staruszka (hrabina Kossakowska) z córkami i z wnuczkami; babcia Szyfmanów z wnukami (ich matka zginęła podczas nalotów na Lwów) i wielu innych.

Umieszczono nas wszystkich w długim baraku zwanym „Kara Barak”, co znaczyło „czarny barak”. Była to zwykła ziemianka do połowy wkopana w ziemię. Nad ziemią kilka warstw darniny i małe okienka tworzyły ściany. Dach ułożony był z żerdzi, a na nich wiklina, potem siano, a na sianie warstwa ziemi i glina. Przez środek baraku przechodził długi korytarz a po obu jego stronach były drzwi prowadzące do małych pomieszczeń. Nie było podłóg, lecz ubita glina (tzw. klepisko).

W jednym pomieszczeniu mieszkały 3 lub 4 rodziny, z których każda miała swój kąt z pryczą. Na pryczy spało się jeden obok drugiego. Nie było żadnych mebli. Siadaliśmy na pryczach po turecku z podwiniętymi nogami, ponieważ latem gdy spuszczało się nogi, oblepiały je gryzące pchły. Na ścianach było pełno pluskiew.

Na środku pomieszczenia mieliśmy gliniany piec zwany „pieczką” z jednym otworem do wstawiania garnka żelaznego zwanego „czyginem”. Jak wyglądał posiłek ? Wstawiało się wodę ze skąpą porcją mleka, zasypywało się otrębami lub śrutem (rzadko kto miał mąkę) i po rozgotowaniu każdy otrzymywał swoją porcję. Często i tego brakowało, bo nie było czym wody zasypać. Gdy przywieziono mąkę, robiono chleb. Dzielono go w następujący sposób - kto pracował otrzymywał 500g chleba, kto nie pracował 200 g.

    Najgorsza była zima. Panował okropny głód. Chodziliśmy kilka kilometrów do stepów, gdzie latem młócili zboże i godzinami przerzucaliśmy siano żeby znaleźć resztki prosa czy plewy, po czym ubijaliśmy to w żelaznych „stupach” i powstawała brązowa mąka. Robiliśmy z niej placki, które z trudem przechodziły przez gardło. Wyglądały, jakby były zrobione z trocin.

Pierwszy rok pobytu był dla nas bardzo trudny. Nie byliśmy przyzwyczajeni do klimatu i ciężkiej pracy tak samo jak pozostali Polacy. Byliśmy jeszcze dziećmi.

Nasza praca polegała na budowaniu obór dla bydła. Najpierw robiliśmy pustaki zwane ”samanami”- zakopywaliśmy duży krąg ziemi (a była to glina) po czym zalewaliśmy wodą. Po rozmoczeniu się zakopanej warstwy wszystkich ludzi wganiano do niego. Chodząc jeden za drugim urabialiśmy zaprawę, z której powstawały duże pustaki. Była to ciężka praca po 10 godzin dziennie. Gdy nadszedł okres sianokosów, zapędzano wszystkich do zbioru siana. Potem część ludzi musiała iść do zbioru i omłotów prosa.

Siana używano do wszystkiego: do karmienia bydła, na ściółkę zamiast słomy, a zimą, gdy brak było opału, paliliśmy sianem, które wykradaliśmy z obór.

    Ciężki był też okres wiosenny. Panowały jeszcze przymrozki a już wysyłali nas do orania stepu. Goniono nas do pracy skoro świt. Często dygotaliśmy z zimna. Czas ten nazywali „ .... posiewnaj”. Zaprzęgało się trzy pary wołów do pługa. Jedno z nas poganiało woły długim na parę metrów batem a drugie trzymało pług. Nad nami czuwał brygadzista- Kazach. Ludzie z wycieńczenia mdleli a woły nie chciały ciągnąć ze zmęczenia. Na zaoranym stepie wysiewaliśmy proso. A wszystkiego pilnowali nas, żeby „wygłodniali Polacy” nie kradli. Kawałek chleba („ajrarz”), który dostawaliśmy, był ciężki jak glina. Zjadaliśmy go na jeden raz i do następnego dnia musiała wystarczyć tylko woda zabielana mlekiem. Nie było żadnych warzyw ani owoców. Ziemniaków tam nie znali. Jedynym ich pożywieniem były przetwory z mleka. My krów nie mieliśmy i nawet gdyby ktoś z nas ukradł mleko, nie byłoby w co go schować. Latem trzeba było z Kazachami koczować ze stadem bydła daleko w głębi stepów, mieszkaliśmy wówczas w ziemiankach.

    Był rok 1944. Mama moja pracowała jako pojarka przy cielętach, ja natomiast jako pastuch 200 sztuk cieląt. Latem słońce piekło niemiłosiernie. Nie było miejsca żeby się przed nim schronić. Doskwierały nam roje unoszących się komarów, brak odzieży, żywności. W końcu zachorowałam na malarię, tzw. „bezgieg”. Choroba rozpoczęła się dreszczami, zimno, trzęsło mną jak galaretą, po czym przyszła wysoka temperatura. Leżałam słaba, bez chęci do życia. Nie było już co sprzedać ani wymienić na żywność oprócz złotej obrączki mamy. Zdjęła ją z palca. Otrzymała za nią kilka jajek i miseczkę „bibiku” tj śrutu pszennego. Bardzo chciała bym żyła. Siadała przy mnie i obie płakałyśmy. Mówiła „córuchna, gdzie ja Ciebie w tym głuchym stepie zostawię”. I los chciał, że nie umarłam. Otrzymaliśmy chininę i dzięki niej powoli zaczęłam wracać do zdrowia. Po ciężkiej chorobie słaniałam się na nogach. Myślałam wówczas, że lepsza byłaby śmierć. Ale Bóg chciał żebym żyła.

    Warunki stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Nie mieliśmy odzieży ani obuwia. Chodziliśmy jak szkielety pozbawione człowieczeństwa. Otrzymywaliśmy surową skórę bydlęcą, z czego po wycięciu formy powstawał but zwany „siarką”. Latem, gdy skóra zeschła na nodze, to nawet sprawiało wrażenie buta. Zimą wkładało się do nich siano, bo twardniały na kość i obcierały niemiłosiernie nogi, a nie było ich w co owinąć.

Było strasznie zimą. Mróz do 40 i więcej stopni poniżej zera a nas wyganiano do wożenia siana ze stogów. Całymi godzinami musieliśmy je nosić do obór. Tak nam marzły nogi, że rano nie czuliśmy, czy chodzimy na nogach czy na drewnianych kołkach.

    Nadszedł 1945 rok. Nie wiedzieliśmy, że skończyła się wojna, lecz jeszcze żyliśmy nadzieją, że wrócimy do swej ojczyzny. Zbieraliśmy się na wspólne modlitwy, błagając Matkę Najświętszą by pomogła nam przetrwać.

I następny rok - 1946. To była straszna zima i ogromny głód. Ludzie umierali wkoło i było nas coraz mniej. Zmarła babcia Szyfmanów na szkorbut, mama Pawłowskiej, dziecko Jabłońskich i kilkoro innych rodaków. Nadeszła najstraszniejsza noc. Na dworze szalała wichura i sypał śnieg. W takim czasie nie wolno było wychodzić. „Buran” - szalejący żywioł burzy. I, o zgrozo, zachorowała moja mama. Dostała okrutnych boleści brzucha. Żadnej znikąd pomocy a ból się nasilał. Było coraz gorzej a ja, oprócz gorących kompresów nic nie mogłam pomóc.

Nasz barak zupełnie wtedy zawiało i powstał śnieżny kopiec. Siedzieliśmy w środku nie wiedząc czy to dzień czy noc, przy lampce zwanej „kopciuchem”. A obok konała moja najukochańsza mama. Nie umiem wyrazić tego okropnego bólu, bezradności, rozpaczy. Moje życie przestało mieć nagle sens. Gdy Kazachowie nas odkopali po ustaniu buranu, mama już nie żyła. Z wielkim trudem wykopaliśmy grób, położyliśmy ciało mamy w dole na sianie bo nie było desek na trumnę. Krzyczałam: „Mamo gdzie ja Ciebie w tym głuchym stepie zostawię”.

    Na koniec przychodzi mi na myśl ten krzyżyk, który mama dostała od ojca. Jak gdyby wywróżył nieszczęsną tragedię mojej rodziny.

 

Paulina Andrzejak

 

red. ml

 

 

 

    Nocą z 12 na 13 kwietnia 1940 r. miała miejsce druga deportacja roku 40-tego, tzw. deportacja kwietniowa. Podczas tej deportacji ucierpiały głównie rodziny należące go grupy określanej przez NKWD mianem „administratiwno-wysłannyje”: policjantów, wojskowych, wysokich urzędników państwowych, pracowników służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców a także przemysłowców. Miejscami przymusowego osiedlenia były północne obwody Kazachskiej SRR: aktiubiński, akmoliński, kustanajski, pietropawłowski, semipałatyński, pawłodarski oraz północno-kazachstański a także obwód czelabiński w RFSRR. Według dokumentacji NKWD wywózka kwietniowa w swym zakresie dotknęła ok. 61 tys. ludzi z czego 80% całości transportów stanowiły kobiety i dzieci1.

    Pani Paulinie udało się jednak wrócić stamtąd wraz z rodzeństwem do kraju. Tu otrzymała wykształcenie i jako przedszkolanka została przydzielona do placówki przedszkolnej w Mieszkowie. Przez wiele lat mieszkała wraz z mężem i dziećmi w naszym dworku. W tym roku została pochowana na mieszkowskim cmentarzu. Cześć jej pamięci.

ml

 

1 Fragment zaczerpnięto ze strony www.historia.org.pl .

 

Wyszukiwanie